Vim powered
mozilla.org
Valid HTML 4.01!
Valid CSS!


Wyspy Kanaryjskie etap trzeci: Urządzamy się, dzieci przyjeżdżają.

Nasza nowa kanaryjska siedziba była całkiem niezła. W bardzo dobrym stanie, czysta i elegancka, niestety zupełnie pozbawiona mebli. Jedyne sprzęty znajdowały się w kuchni, a były to szafki, kuchenka i zlewozmywak. Musieliśmy więc skompletować jakieś przedmioty użytku codziennego. Nie dysponowaliśmy tak dużą ilością gotówki, aby móc po prostu iść do sklepu i kupić sobie wszystko co potrzebne. W ten sposób musielibyśmy wydać kilka tysięcy Euro, zatem pozostało nam odwiedzić sklepy z rzeczami używanymi. Kupiliśmy tam większość potrzebnych rzeczy, łącznie z meblami do wszystkich pokoi.

Z początkiem maja wyprowadziliśmy się od naszego dotychczasowego gospodarza i wprowadziliśmy "na swoje". Aby mieć dostęp do Internetu założyliśmy linię telefoniczną. Trafiliśmy na promocję, w której założenie linii było bezpłatne. Po tygodniu od złożenia zamówienia telefon już działał. Jeszcze jeden tydzień oczekiwania i mieliśmy też linię ADSL, czyli połączenie do Internetu.

Pomału zbliżał się termin przyjazdu naszych dzieci. Wraz z nimi w charakterze opiekunki a także osoby zaproszonej na długie wakacje, przyjechać miała moja mama. Czekaliśmy niecierpliwie, aż wreszcie nadszedł ten dzień. Wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy na lotnisko. Kiedy byliśmy już blisko zobaczyliśmy w chmurach jasną gwiazdkę, pomimo że było jeszcze całkiem jasno. Powiedziałem do Uli - "To nasze dzieci". Nie pomyliłem się, gwiazdka stawała się coraz jaśniejsza, aż w końcu przybrała postać lądującego samolotu z zapalonym przednim reflektorem. Pozostało nam poczekać jeszcze chwilę, aż opuszczą samolot i dotrą do terminala przylotów, który odgrodzony jest od holu grubą szybą, za którą ich wypatrywaliśmy. Niestety nie można tam było wejść.

Byliśmy bardzo podekscytowani i zarazem wzruszeni, że wreszcie nadeszła ta chwila. Tyle miesięcy tęsknoty, czekania i łez. Wreszcie są, zobaczyliśmy ich! Zaczęliśmy do nich machać przez szybę i wrzeszczeć dziko, jednak oni przeszli odwróceni bokiem o kilka metrów od nas nie zauważając nas. Stanęli kawałek dalej i czekali na bagaż. Co któreś z nich odwróciło wzrok w naszą stronę, to machaliśmy do nich, jednak oni dalej nas nie zauważali. W którymś jednak momencie Ola wreszcie nas zauważyła i puściła się biegiem w naszą stronę. Biedactwo było tak zaaferowane, że z wrażenia się potknęło i przewróciło. Rafał też pobiegł za nią. Pomachaliśmy sobie trochę przez szybę i pokazaliśmy im, że idziemy do wyjścia z terminala, gdzie się spotkamy. Kiedy odebrali bagaże wyszli do nas i rzuciliśmy się na siebie z dziką radością. Ola i Ula oczywiście się popłakały. Kiedy już pierwsze emocje z nas zeszły, zebraliśmy się i udaliśmy w stronę parkingu.

W drodze do miasta pokazywaliśmy im wszystko objaśniając. Gdy dotarliśmy, wysiedliśmy pod domem i wprowadziliśmy do ich nowego domu. Pokazaliśmy im mieszkanie i ich pokoje w których czekały nowe zabawki. Później zjedliśmy pierwszą od kilku miesięcy, wspólną kolację. Rozmawialiśmy i patrzyliśmy na siebie szczęśliwi. Rodzina znowu była w komplecie.

Mijały dni, przyzwyczajaliśmy się do siebie od nowa, dzieci uczyły się życia w nowych warunkach. Uczyliśmy ich też trochę hiszpańskiego, bo od września czekała ich hiszpańska szkoła, do której ich już zapisaliśmy. Na nieszczęście nie było miejsc w szkole położonej w naszej dzielnicy i trzeba było czekać aż rozpocznie się rok szkolny. Wtedy miano nas powiadomić w której szkole są jeszcze miejsca. Pomimo, że wakacje już się skończyły, dowiedzieliśmy się, że nie było jeszcze konferencji międzyszkolnej, na której zapadają decyzje o przyjmowaniu dzieci. Rok szkolny trwał już chyba ze dwa tygodnie, kiedy powiedziano nam wreszcie, że dzieci mogą zostać przyjęte do szkoły położonej o jakieś półtorej kilometra od domu. Dobre i to, dobrze że nie na drugim końcu miasta.

Dzieci rozpoczęły więc naukę w swojej nowej szkole. Oprócz tego zapisaliśmy je na dodatkowe zajęcia, mające im pomóc w nauce hiszpańskiego, w hiszpańskim Czerwonym Krzyżu. Co ciekawe, Rafał miał w Polsce iść do piątej klasy, a tutaj poszedł od razu do szóstej. Ola miała rozpocząć pierwszą klasę a tutaj poszła już do drugiej. Musieliśmy trochę poduczyć ją pisać, a czytać na szczęście już umiała. Tutaj dzieci zaczynają naukę rok wcześniej niż w Polsce i o przyjęciu do szkoły decyduje rok urodzenia, a nie to do której klasy chodziły wcześniej.

Jeśli chodzi o mnie, to uznałem że mój hiszpański jest już wystarczający do szukania pracy w moim zawodzie, czyli jako informatyk. Zwolniłem się więc z dotychczasowej pracy, która mnie dołowała i nie pozwalała się zrealizować. Po dwóch miesiącach szukania udało mi się znaleźć pracę w firmie komputerowej. Nie przeszkadzał im nawet mój kaleki hiszpański. Była to nowo powstała firma, do której razem ze mną przyjęto trzech innych, tutejszych ludzi. Niestety, po przepracowaniu miesiąca okazało się, że właściciel jest oszustem. Nie zapłacił żadnemu z nas za pracę którą dla niego wykonaliśmy. Nie ma jednak tego złego co na dobre nie wyjdzie, facet był tylko podwykonawcą dla firmy z Madrytu, więc firma ta przekonawszy się że jestem dobry, zatrudniła mnie bezpośrednio.

Moja praca dla nich trwa do dzisiaj. To jednak co nie jest w niej ciekawe, to zarobki. Średnia płaca technika - informatyka, to w Hiszpanii kwota około 750 - 800 Euro. Mam wprawdzie wyższe kwalifikacje, bo przez ostatnie lata pracowałem jako administrator systemu i pozwoliłoby mi to pracować na wyższym stanowisku, jednak wyspecjalizowałem się w systemach uniksowo-linuksowych. Na nieszczęście tutaj wszędzie króluje Windows.

Jak więc widać w życiu raz jest z górki, raz pod górkę, jednak bilans ogólnie jest dodatni.

Czytaj dalej...

Ilość czytań: 3727

Strona wygenerowana w 0.73 sekundy. © Camilo Zeta